Opowiadanie „Łańcuszek szczęścia”

Oto drugie opowiadanie, tym razem z tego roku, również nagrodzone w XXXI Międzynarodowym Konkursie Literackiej Twórczości Dzieci i Młodzieży im. Wandy Chotomskiej w Słupsku.

Jest zbiorem różnych przemyśleń, a zarazem opowiada pewną historię.

Mam nadzieję, że się wam spodoba. :)

ᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊᄊ

Twoje życie cie przytłacza? Masz chwile słabości? Jest ci ciężko? Pozwól, że opowiem ci, co czuję. Może odnajdziesz tu siebie.

Nagle świat wokół mnie rozpada się i zostaje mała smuga światła. Pewnie popsuł się prąd i jasność daje latarka. A może to moje oczy, zmęczone i przekrwione rzucają cień na ciche kroki? Zgasło. Coś we mnie zniknęło.

Maszeruję ulicą z dumnie podniesioną głową. Codziennie budzę się piękniejsza, ale dziś to już przesadziłam. Siadam na murku i patrzę. Świat szary i smutny, niczym rozlane mleko. Płaczą nad nim starsi i młodsi, niepewni swojej wartości, jutra, pełni złości, rozżaleni. Kto jest komu winny? Coś przykuwa moją uwagę. A właściwie ktoś. Jego włosy są czarne jak heban. Gdyby miał ich więcej, byłby drugim Elvisem Presleyem. Dotykam ciemności. Nie ma kształtu, jest ciepła i spowija mnie od góry do dołu. Mam ją między palcami, w uszach i na powiekach. Wdycham jej zapach, spokojny i księżycowy, mimo że nie widzę nawet czubka swego nosa. Keine Angst[1].

Nie pamiętam, jak długo już tu siedzę. Es ist so kalt und so spät[2]. Zamykam wyrazy w szkatułki, by wiatr ich nie zabrał. Powietrze jest gęste, szumne, naciska na mnie i niemal niszczy szczęście. Wstaję. Idę. Te oczy są jak chodnikowa płyta. Zwykła i niczym nieróżniąca się od innych, a jednak na każdej są inne uszczerbki i ślady. Nie potrafię przywołać w myślach ich obrazu, ale zawsze patrzą na mnie, zrównoważone i ostrożne. Niemal pytają mnie o pozwolenie, czy mogą zanurkować w otchłań moich nugatowych kul poniżej czoła.

Mijam ludzi. W sumie, kogo innego mogę mijać, jak właśnie nie ludzi? Przyglądam się im. Są przeróżni. Mężczyźni i kobiety, chłopcy i dziewczynki,

dzieci i starcy, i ci pomiędzy. Jedni mają na twarzach uśmiech, drudzy – ponurą kreskę i tych jest znacznie więcej. Ich finde keinen Trost[3]. Dzień frunie nad miastem i upaja się cieniami. Zastanawiam się, czy tak samo było przed laty. Czy od zawsze byli tacy smutni, zagubieni? Opancerzeni w stalowe skorupy, ukryte pod warstwą bladej bieli.

Listku obracany przez wiatr… Czy mogę ci zaufać? Spojrzeć w twoją duszę? Pytam, ale nikt nie odpowiada. To koniec początku czy początek świata? Tylko jeden uśmiech. Niech zobaczę tylko jeden uśmiech i wrócę do domu, przysięgam. A jeśli nie, to też wrócę. Ale nie uwierzę w chodzące szczęście.

Wszystko obraca się w nieskończoność. W wieczność. Ponad dachami czarne powoje Wszechświata. Nie chcę go widzieć. Jest dla mnie zbyt czarny. Zbyt smutny. Nie ma tu kogoś takiego jak ja. Bin ich ein Wunderkind[4]? Każdy cierpi i przeżywa, każdy z czymś nie daje sobie rady i szuka pomocy, niby chcąc, niby nie chcąc. Co się z nami stało? Ledwie mrugnięcie okiem, czasu jest mało. Nie jesteśmy godni nazywać się ludźmi. Marnujemy to wszystko. Dlaczego biorę na siebie odpowiedzialność za całą ludzkość? Czy jestem ostatnim światłem w tym oceanie? Już późno. Czy tylko ja zostałam? Nie chcę zostać sama.


[1] Keine Angst. – Nie bój się.

[2] Es ist so kalt und so spät. – Jest tak zimno i tak późno.

[3] Ich finde keinen Trost. – Nie znajduję żadnego pocieszenia.

[4] 4 Bin ich ein Wunderkind? – Jestem dzieckiem cudu?

 

 

***

Pamiętam ich wszystkich. Ona straciła męża, on dziecko. Ta pani w czarnym płaszczu ma jutro operację i nie wie, czy przeżyje. Chłopak w żółtych butach znów oberwał od ojca, bo nie poszedł mu po wódkę. Ośmiolatka niesie bochenek chleba w torbie. Blondyn znów nie wrócił do domu i ucieka teraz przed zmartwionymi rodzicami, bo nie może znieść tego, że zbyt się o niego troszczą. Słyszę przekleństwa. Ona znów pokłóciła się z chłopakiem.

 

Nagle stukot obcasów. Ruchy i głos wskazują piętnaście, ale makijaż co najmniej osiemnaście, więc patrzę uważnie. Rozmawia przez telefon.

- Muszę je mieć, są boskie. Tak, i koniec. Co z tego, że 500 złotych? Niedużo jak na buty. To nie wracam dziś, cześć!

Tak, ona też ma problem. Wszyscy mają problemy. Niechże się uśmiechną, niech nie patrzą na mnie jak na wariatkę.

 

***

Wiesz, czasem siadam i myślę. Po prostu.

Myśli są niczym piasek. Każda inna, ale razem tworzą całość, która mieści mi się w głowie. W sumie nie zawsze mieści, wtedy wypływa na kartki i pięciolinie, by opowiadać historie, zdarzenia i to wszystko, co warto zatrzymać. To, co gdzieś tam jest, ale tego nie widać. Czasem jakaś uleci i nie umiem przypomnieć jej sobie; a być może to było coś ważnego? Dlatego zawsze mam przy sobie kartkę i długopis.

Wyłączam się. Zatapiam w niebycie. W złocistych obłokach. Czarnych jaskiniach. Może nawet w złocistych obłokach czarnych jaskiń. Trudno mnie stamtąd wyrwać, dobrze mi tam. Jednak najczęściej odwiedzam te miejsca, a szczególnie te mroczne, w podłym nastroju lub smutku. Gdy zdaje się, że świat spadł.

Ojej, nie byłam tam już tak dawno.

Uśmiechu, zostań jeszcze. Z tobą mi łatwej.

Już dawno nie płakałam. Już dawno nie musiałam się chować w pokoju ani kłamać, że wszystko w porządku, bo naprawdę wszystko jest w porządku. I zdaje się nie mieć końca.

A teraz wracamy na ziemię, do codzienności i obowiązków.

- Em! No, cześć, nareszcie jesteś. – Agata całuje mnie w policzek.

- Hej, hej! Co jest?

- Chłopaki znowu narozrabiali i idą do dyrektora, nic nowego – śmieje się.

- Mam biec na pomoc? – pytam i zaczynamy się śmiać.

Ma duże oczy, kiedy maluje je tuszem są jeszcze większe. Gdy się czegoś boi, wyglądają jak gigantyczne soczewki, zawsze zdradzają to, co czuje. Oczy to bardzo ważna część człowieka.

Idąc korytarzem, widzę ich wszystkich. Znam każdą z tych twarzy, ale czy one mogą mi cokolwiek powiedzieć? Jedne roześmiane, drugie zestresowane, jednak najwięcej jest tych obojętnych. Nie ma emocji, ludzkich odczuć, nic.

Napotykam spojrzenie Oli z II a. Uśmiecham się. Odpowiada mi tym samym. To jest niesamowite. To jest to, co kocham. Kiedy ktoś się uśmiecha, dla mnie i dzięki mnie. Uśmiecha się szczerze i bezwarunkowo. Czy wie, jak dużo to znaczy dla mnie? Może nie. Ale ważne, że ja wiem.

- Z czego ha, ha? – pyta Natalia, siadając na ławce obok. – Miałaś już niemiecki?

- Tak, ale to nie jest jedyny powód, dla którego ha, ha…. Wiesz, że życie jest piękne?

- Jasne, jasne, zawsze tak mówisz. Powtarzasz to codziennie i bez końca. Czy ty naprawdę nie masz żadnych problemów?

- A widzisz, żebym jakieś miała? – pytam i uśmiecham się znacząco.

A właściwie nie znacząco, bo to podniesienie warg niemal do uszu oznacza tyle co „nie mam problemów i to widać”.

- Ty już wykorzystałaś pakiet problemów na przynajmniej połowę swojego życia – mówi całkiem poważnie i patrzy mi w oczy.

Oczy to bardzo ważna część człowieka.

Ma rację. Trochę mam za sobą. Jednak to, co było kiedyś to przeszłość i niechętnie do niej wracam. Doświadczenie to nazwa, jaką nadajemy naszym błędom.

Po lekcjach udaję się do domu. Kilometr idę lasem. Jest początek stycznia i nie ma śniegu. Ciekawe, czy spadnie jeszcze tej zimy. Wzmaga się

wiatr. Gęste sosny rwą się z ziemi wyciągane podmuchami wiatru, wirują gałęzie i kora, zamykam oczy. Szum morza? Ostre powietrze wpija się głęboko w nozdrza i unosi resztki opadłych igieł. Natura rządzi. Natura ma głos i pierwszeństwo. Tylko ona pozostała tym, czego człowiek nie zdołał jeszcze wyeliminować.

To zabawne. Widzę te drzewa od piętnastu lat, a jednak dopiero od niedawna wyglądają inaczej, niż kiedyś. Dorosłam? Ich sah neue Perspektiven[1]? Zbierają się chmury i coraz bardziej wieje. Uśmiecham się.


[1] Ich sah neue Perspektiven? – Zobaczyłam nowe perspektywy?

 

***

Rano wstałam z uśmiechem na twarzy i postanowieniem, że nie umaluję się dziś do szkoły. Chyba mogłabym zmarnować cały mój czas i pieniądze, starając się wyglądać dobrze, ale to nie zmieni tego, kim jestem w sercu, jeśli będę wyglądać jak oni. Oni wszyscy tacy sztuczni, w skórzanych kurtkach, eye-linerem, wysokich butach i obojętnym spojrzeniu, za którym kryje się idea dążenia do sławy za wielką cenę. Jak to mawia mój kolega Konrad, „ kiedyś szli na wojnę, teraz walczą o sławę, kiedyś oddawali serce, teraz oddają wiarę.” Ja nie jestem taka jak oni i nie chcę być. Es ist nicht für mich[1].

Włączam Apollo 3- „Superhelden” i śmiałym krokiem ruszam do przystanku.

- Dzień dobry pani Marysiu – mówię, widząc sąsiadkę na drodze.

- Dzień dobry dziecko, prośbę mam do ciebie – sześćdziesięciolatka podchodzi i bierze mnie pod rękę.

Od starszych ludzi zawsze bije ten niebiański spokój, i niemal widzę aurę roztaczającą się wokół.

- Mogłabyś mi kupić Accupro, Doxonex i Noliprel?

- Oczywiście, że tak – odpowiadam z uśmiechem, biorąc od niej receptę i

pieniądze.
To zabawne, jak bardzo pani Marysia przypomina mi moją babcię.

Dziś stojąc tu, nie pamiętam nawet twojej twarzy. Wiem że miałaś siwe włosy do ramion, ale to była peruka. I w sumie nie bardzo cię pamiętam, bo jakie wspomnienia może mieć sześcioletnie dziecko? Wtedy nie mówiłam, że cię kocham, bo to słowo było puste i nic nieznaczące. Ty też mi tego nie mówiłaś, tylko wyczytywałam to w twojej opiece, gdy było już późno, a ty siedziałaś ze mną i czekałaś, jak mama wróci. Potem było już za późno, żeby ci cokolwiek powiedzieć. W zasadzie to mogłam mówić, ale nie odpowiedziałabyś mi. Bo przecież on cię zniszczył i nie miałam na to wpływu. W październiku było dobrze, potem tak jakoś wyniki i te sprawy, mama powtarzała jakiś numer z pamięci i mówiła, że to nic. Ja wierzyłam, bo nie miałam pojęcia o raku, chemioterapii i tych sprawach. Nie pamiętam, żebym pytała, gdzie jesteś, pamiętam dużo ludzi na naszym podwórku, wszyscy z kwiatami, i że nie pozwalano mi wchodzić do pokoju obok, a ja bardzo chciałam, bo tam wszyscy wchodzili. Nie wiem, jak obchodziłaś urodziny, kim była twoja przyjaciółka ani jaką zupę najchętniej jadłaś. Nie wiem. Ale wierzę, że jesteś tam, gdzie już nic cię nie boli. In einer besseren Welt[2].

[1] 6 Es ist nicht für mich. – To nie dla mnie.

[2] In einer besseren Welt. – W lepszym świecie.

Trudno jest w cokolwiek uwierzyć. Wiara to „bzdura, odchyłka, bezsens, jajo”, jakby określił to Oskar. Czy tak jest? W ile rzeczy trzeba nie wierzyć, żeby uwierzyć. Ale w końcu uwierzyłam i nie żałuję. Pamiętam, jak pewnego dnia pani katechetka powiedziała mi piękne słowa: „Staraj się tak, jakby wszystko zależało od ciebie i ufaj tak, jakby wszystko zależało od Boga.” I od tego czasu stało się to moim mottem.

Trzeba mieć w czymś oparcie, trzeba przy czymś odpocząć. Gdy przyjaciele nie wystarczają, wtedy musimy znaleźć coś, co daje nam radość. Co czyni nas lepszymi ludźmi. Coś z czego jesteśmy dumni. Wtedy nic

nie jest w stanie nam przeszkodzić w dążeniu do celu i odkrywaniu nowych horyzontów. Dla mnie jest to bieganie, a dla ciebie?

Niektórzy mówią, że nie mam uczuć. Że nie jestem zazdrosna, że nie nienawidzę, ale też nie kocham. Uczucie jak gitara, która nigdy nie wydała dźwięku. A mimo to chodzę uśmiechnięta, nawet bardziej niż ci, którzy kogoś kochają. Jak to jest? Wiesz, bo życie opiera sie na miłości. Ale nie tylko takiej do drugiego człowieka, ale do świata. Miłości do tego, co robię, do swoich pasji, zajęć i zainteresowań, a także do tego, co chcę w sobie zmienić. Tylko taka jest tego warta. Dezerter mówi: „Chciałbym powiedzieć Ci coś o miłości, bo o nienawiści już prawie wszystko wiesz, że miłość może stać się Twoją bronią, jeżeli tylko, jeżeli tego chcesz.”

Żyjemy w czasach, w których króluje nieszczęśliwa miłość. I to najlepiej taka z rozstaniami i powrotami, pokrwawionymi rękami, z dziurą w sercu, ukrywaniem uczuć, z odrzucaniem wszystkich, z płaczem w nocy, z krzykiem i ciemnością, z rozpaczą, goryczą. A tak naprawdę, ci ludzie chcą, żeby ich zauważono, potrzymano za rękę, wytarto krew i osuszono oczy. Uczucie jak gitara, która nigdy nie wydała dźwięku. Każdy ma czasami z życiem na pieńku. Czasami trzeba usiąść obok i czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni, wtedy nawet łzy będą smakować jak szczęście.

Znam dziewczynę, która nienawidzi się ciąć, ale robi to, bo to jest „fajne i słeg”, jak to nazwała. Mogłaby napisać milion wersów o tym, jak cierpi. Kląć, jeszcze głośniej i jeszcze częściej. Lub zniknąć, nie mówiąc nic więcej. Ale czy warto? Nie, nie warto. To całe wmawianie sobie miłości i bólu. Wmawianie sobie, że się nie da rady.

Dzielę ludzi na tych, którzy cierpią, bo przeżywają i nie umieją sobie pomóc oraz takich, którzy cierpią, bo akurat nie mają nic ciekawszego do roboty. Nie przepraszam za to, co myślę, bo to jak przepraszanie za bycie prawdziwym.

Dzielę ich świadomie i odważnie. Bo tak trzeba. Bo czasem martwimy się o tępych idiotów, którzy wymuszają w sobie ból. Nie jestem zupa pomidorową, żeby wszyscy mnie lubili.

Kiedy idę sobie ulicą czy drogą w pochmurny dzień, wiem, że przecież na tym się nie kończy. Wiem, że chcę czy nie chcę, pogoda i tak się zmieni. Ludzie są jak pogoda. Potrafią rozpromienić wszystko swoim uśmiechem, wywoływać powodzie łez, rzucać wściekłe spojrzenia jak błyskawice. To dobrze, że każdy ma w sobie taką mieszankę uczuć, które może okazać. Może czuć wszystko naraz, nie jest androidem. To tylko brzmi tak strasznie. W rzeczywistości zawsze nadchodzi moment, kiedy wszystkie uczucia się mieszają. I to jest dobre, bo poznajemy siebie.

Jestem szczęśliwa. Naprawdę, jestem szczęśliwa. Nie wierzysz?

Chodź, pokażę ci.

Codziennie rano budzi mnie słońce. Codziennie wracam do domu. Codziennie rano śmieję się i próbuję zapamiętać, jaki kształt ma drzewo za oknem dzisiaj. Próbuję zapamiętać, jak wygląda słońce i z której strony wieje wiatr w tej chwili, w tej właśnie chwili, bo drugiej takiej nie będzie.

Pokonuję bariery. Zwalczam granice. Przeżywam więcej. Zapamiętuję najlepsze momenty i zatrzymuję je w pamięci – tam, gdzie zostaną na zawsze. Dafür lebe ich[3].

Na ulicach jest za dużo smutnych ludzi. Nie mogę patrzeć na te szare duszyczki, wlokące się jak cienie ulicami, drogami, chodnikami, korytarzami i między sklepowymi półkami. Z monotonnymi ruchami, obojętnymi oczami. Rozjaśniam dnie uśmiechem, najbardziej promiennym, na jaki mnie stać. I wygrywam, kiedy ktoś go odwzajemnia. Bez uśmiechu są dla mnie nadzy. Ile od siebie daję, tyle do mnie wraca.

A może ty też tak spróbujesz? Na przykład: przez tydzień, każdego dnia spraw, że dziesięć osób się uśmiechnie. To proste!

Tę wiadomość przekazuj od dziś innym. Wspólnie pokażcie światu, że miłość wciąż istnieje. Musicie być odważni!!! Razem damy radę.

 


 

[3] Dafür lebe ich. – To jest powód, dla którego żyję.

Jedna myśl nt. „Opowiadanie „Łańcuszek szczęścia”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>